Liberty Liberty pani Hinako Takanagi
Okładka Liberty Liberty"Kiedy coś zniszczysz, musisz za to zapłacić" - to główne przesłanie tej mangi. W prawdzie czytałam już wiele recenzji Liberty Liberty i wydawało mi się, że będzie taka trochę... No nie wiem. Ciekawsza? Nie wiem dokładnie, o co mi chodziło. W każdym razie uwielbiam mangi pani Takanagi. Ma niezwykle przyjemną dla oka kreskę i uke wychodzą jej tacy słodcy, że aż chce się schrupać...
Cała historia dzieje się w Osace. Wszystko zaczyna się od tego, że niejaki Kouki (kamerzysta lokalnej telewizji) znajduje w nocy na śmietniku pewnego obrzyganego "trupa". Jednak orientuje się, że ten "trup" nadal żyje i z dobrego serca bierze go do domu aby potem (Nie, nie, nie myślcie sobie. To jest grzeczna manga) się nim opiekować! Niejaki Itaru (owy pijak, który przeprowadził się z Tokio do Osaki) zniszczył mu kamerę i teraz musi za nią zapłacić. Biedak nie ma domu, więc Kouki go przygarnia i codziennie rośnie mu dług do spłacenia. W końcu Itaru decyduje się na podjęcie pracy właśnie u Koukiego i jego koleżanki, a może raczej kolegi z pracy (transwestyta), w którym Kouki kiedyś się podkochiwał. Itaru znajduje jeszcze jedną pracę i pracuje w dzień i w nocy. Zauważa jak z każdym dniem coraz bardziej kocha Koukiego.
Jedna wpadka Koukiego i wszystko wychodzi na jaw! Jak to się skończy? Czy Itaru spłaci swój dług? Tego musicie dowiedzieć się sami. Ja powiem, że manga całkiem ciekawa, kreska miła dla oka, ale jest jedno "ale". Itaru wydaje się być tą samą postacią co uke z Croqisa! Na szczęście nie jest to żaden plagiat, bo przecież mangi obie są pani Takanagi.
P.S.
Jeśli jeszcze nie przeczytałeś/aś Croquisa i nie wiesz czy warto przeczytaj moją recenzje tejże mangi. Polecam!


Wszystkie komentarze osób niezalogowanych bądź niezarejestrowanych przed publikacją są moderowane.
Ocenianie komentarzy, subskrybcja oraz inne funkcje zostały wyłączone dla niezarejestrowanych użytkowników portalu.